Kliknij tutaj --> 🎈 jak się robi piekło niebo

Może jest czerwona? A gniew? Brunatno-złoty? Jaki kolor ma smutek? Czy na pewno jest niebieski? Może spowity jest żałobną czernią, albo jest biały jak śnieg? A może niebieski to kolor nadziei i miłości? Jak można pokazać emocje na ekranie? Czy da się sprawić, by - poza mimiką i gestami - nabrały konkretnych kolorów i kształtów? Jak opisać niebo i piekło Ostatnia aktualizacja: 03.03.2020 15:31 Zagadki w audycji z cyklu "Nasz język współczesny" dotyczyły tym razem zaświatów… Czy wierzysz w Boga i w Niebo i piekło, czy wierzysz w ich brak, twoje przekonania opierają się na wierze. Nie możesz być pewny co nas czeka po śmierci, dopó Nie żal mi Pierwszej Komunii Świętej. Moja mama i tata mają swoje pieniądze, więc zawsze będę mógł sobie coś kupić Piekło-niebo. Do tej zabawy potrzebny jest rekwizyt, który łatwo można zrobić z papieru. Jak go wykonać, pokażemy wam już niebawem w krótkim filmiku. Gdy mamy już gotowa zabawkę, musimy określić cel. Np: osoba która przegra, musi zaśpiewać piosenkę. Teraz wybieramy z kolegą lub koleżanką, kto ma piekło, a kto ma niebo. Site De Rencontre Pour Arabe Gratuit. Zdaniem ludzi, którzy znają się na tym lepiej ode mnie ( linkuję poniżej), to właśnie pierwszy noworoczny nów, który właśnie dziś/jutro dzieje się na niebie jest faktycznym i symbolicznym początkiem nowego roku. To wtedy można zasiać ziarno intencji i przede wszystkim zastanowić się nad tym, czego nam na ten NOWY CZAS potrzeba. W tym wyjątkowym momencie, mam dla Ciebie prostą i krótką opowieść o tym czym jest NAPRAWDĘ niebo i piekło, która może pomóc skierować ten rok na na właściwie tory! Posłuchaj! Przyjęło się uważać, że rok zaczynamy z pierwszym stycznia, a odejście starego świętujemy w Sylwestra. Cóż, są to pewne kulturowe wzorce, które niekoniecznie zawsze się sprawdzają i nie zawsze wpisują w nasz naturalny kalendarz, nie mówiąc już o kalendarzu ziemi, matki natury czy choćby psychologicznych cyklach, którym wszyscy podlegamy. Nie biorąc ich pod uwagę robimy sobie prawdziwe niebo i piekło na ziemi – ale o tym za chwilę. O tym, że nie zawsze szał postanowień nam służy, pisałam w niedawno przypominananym tekście o tym, że początek roku bywa mocno przereklamowany. Bo w życiu wcale nie do końca jest tak, że jednego dnia mamy motywację zero, a drugiego ona szybuje do gwiazd i lecimy zmieniać świat. Większość rzeczy, które dzieją się w naszym życiu to raczej proces. A proces ma to do siebie, że TRWA. Czy Ci się to podoba czy nie, zmiany, duże życiowe przedsięwzięcia czy sprzątanie bałaganu po nich, zwykle nie mieści się w ramy jednego dnia, miesiąca, czy nawet roku. I wiele zależy od tego KIEDY zaczynamy. Jeśli zaczynamy w dobrym momencie, może pójść szybko i sprawnie. Jeśli natomiast jedziemy w długa podróż z pustym bakiem ( a umówmy się, czasem rezerwa świeci na czerwono), to może się zdarzyć, że nigdzie nie dojedziemy. Pierwszy noworoczny NÓW! Oczywiście nikt z nas nie wierzy w horoskopy (tu puszczam do Was oczko), a astrologię uważamy za bujdę. Ja też tak uważałam przez wiele lat i sama śmiałam się z astrologicznych przepowiedni czy prognoz, które zdarzyło mi się pisać do gazet czy na łamy portali internetowych. Okazuje się jednak, że prawdziwa historia i astrologia to coś kompletnie innego niż jedna strona na końcu magazynu z gwiazdami z Pudelka. I że warto brać pod uwagę to co dzieje się na niebie i wokół nas nie jako wykładnię jedynie słusznej prawdy, ale jako informację o JAKOŚCI i ZNACZENIU czasu, w którym żyjemy. Aktualnie ( 12-13 stycznia 2021) przetacza się po niebie pierwszy noworoczny nów, a to oznacza, że jest to moment szczególny. Jak pisze Maria, do której Was odsyłam poniżej: W odróżnieniu od tego jak najczęściej w naszej kulturze celebrujemy Sylwestra, pierwszy noworoczny nów jest bardziej czasem na wewnętrzny proces zamykania starego i witania nowego, na cichą podróż poprzez czas pomiędzy i zasiewanie ziaren w glebie wdzięczności za to czym nam poprzedni rok obrodził (nawet jeśli nie były to łatwe do przyjęcia dary. (…). kluczowym wątkiem tego czasu jest odkrywanie swojego powołania, określanie celów na nadchodzący rok i bardziej długofalowych wraz z konkretną i realną strategią. W głębi wewnętrznej ciszy wydobywamy cel, który jest dla nas najważniejszy i który daje nam siłę do działania. – więcej – MOONSET STORY Niebo i piekło – opowieść W tradycji opowieści istnieje pojęcie przenikania się historii i mieszania ich wedle własnych potrzeb czy społecznie potrzebnych przekazów. Z tą opowieścią jest podobnie. Można ją przeczytać w wielu wersjach, obecna jest w różnych tradycjach filozoficznych i religijnych, powraca cieniem w legendach i świeci odbitym światłem. Jak to zwykle bywa, nie wiadomo specjalnie skąd się wzięła. Ale ! Dość wstępów, przejdźmy do opowiadania! W dawnych czasach był uczeń, który napotkał mistrza i poprosił go o to, aby pokazał mu czym jest niebo i piekło. Mistrz nie był typowym mistrzem dzisiejszych czasów, który lubi robić wrażenie, a prawdziwym nauczycielem, który wie, że prawdziwa prawda wcale nie musi być opakowana w złoty papier, rzadko robi wrażenie swoim ogromem i kształtem, poraża za to ucznia czymś zupełnie innym. Energią i prostotą. Dlatego mistrz zapytany o niebo i piekło, zabrał swojego ucznia do pustego pokoju, kazał mu usiąść na środku pomieszczenia i opuszczając pokój powiedział do niego tylko 3 słowa. – To jest piekło. Kiedy uczeń opuścił pokój miał w głowie wiele myśli, watpliwości kiełkowały w nim jak kwiaty na wiosnę, ale nie chciał wyjść na głupca więc o nic nie zapytał. Wrócił jednak na drugi dzień i powiedział do mistrza: – Chciałbym zobaczyć niebo. Mistrz ponownie wstał i znów zaprowadził go do tego samego pokoju, w którym pozostawił go na jakiś czas w zupełnej ciszy i samotności. Kiedy uczeń wyszedł z pokoju, nie dało się ukryć jego konsternacji. Był oszołomiony, trochę zawstydzony, trochę z poczuciem, że oto ktoś go oszukał, albo robi mu dość brzydki kawał. – Mistrzu – powiedział uczeń – całe życie słuchałem różnych teorii, czytałem księgi, doświadczałem wizji, a nawet stanąłem na krawędzi życia i śmierci żeby zobaczyć co jest po drugiej stronie, czym jest niebo i piekło. Ludzie mówią, że piekło to inni. Następni straszą smołą i wiecznym potępieniem. Kolejni piekło widzą jako czarną maź, krainę bez nadziei. Tyle samo teorii jest o niebie. Rajski eden, egzotyczne ptaki, kraina miodem i wodą płynąca, piękne kurtyzany, wieczna miłość, ciepło i spokój. A Ty zaprowadziłeś mnie do pustego pokoju i twierdzisz że jest tam i niebo i piekło! – Mistrz uśmiechnął się tylko pod nosem i odparł: Ach, a więc o to Ci chodzi! To wszystko o czym mówisz chłopcze, zabierasz tam ze sobą. Co jest twoim niebem i piekłem? Co weźmiesz ze sobą wchodząc w ten pusty nowy rok? Co sprawi, że będzie przypominał niebo, a co zamieni go w piekło? Masz puste ręce. Pakuj. Pamiętaj jednak, że wszystko co tam znajdziesz za miesiąc, pół roku, rok, zabrałeś tam ze sobą. W moim sklepie, możesz teraz kupić książkę i dziennik, który poprowadzi Cię przez 6 miesięcy nowego roku z dużą zniżką. Niech to będzie dla nas wszystkich cudowny rok!  Informacje Odtworzeń filmu: 351502 Czas trwania: 4m 57s Wasza opinia: 3447 Ilość reakcji: 196 Opis: ► Subskrybuj: Piekło niebo czyli prosta zabawa dla nie . Komentarze Jak zrobić piekło niebo? - KURDE JAK TY RO ROBISZ ZA SZYBKO A W SPOWIOLNIONYM NIC NIE WIDAC 10 KARTEK ZMARNOWAŁEM 👎👎👎👎 - Szukałam właśnie tego - Ja umiem to zrobić banalne - Mi się udało za 1000283 razem XXXDDD - Mi się nie udało - To jest łatwe.😎😎😎 - nie wiem jak ale mi wyszło - Przepraszam paniAle dzieci nie do końca rozumieją jak to złożyć - Nieda sie - Nie udało mi się - - Bardzo dobrze pokazane ja zrobiłem z 1 razem i za 10 minut 😎 - wal sie - Nie udało mi sie 😢 - NIE UMIEM 2:29 - Robiłem wg planu a wyszło jak zwykle XD - udalo sie za pierwszym razem teraz robie to znowu - Kc - To nie dziale bo jak ja mam re glupie wiesholy poloczyc ze sobo lapka w dul - Udało mi się za pierwszym razem ☺🙂 - 👎👎👎 Wygląda jak normalny człowiek, ma zajęcie jak normalny człowiek, prowadzi też raczej standardowe życie, ale gdy popatrzymy w jego akty notarialne… możemy się mocno zdziwić. Mieszko Makowski postanowił, że chce założyć swoje państwo. Jak zamierzał tak zrobił – przeczesał książki historyczne i znalazł ziemię niczyją w okolicach Kanady, którą przejął przez zawłaszczenie i która stała się podstawą do utworzenia państwa. Specjalnie do tych celów wkupił działkę pod Radomiem i założył na niej enklawę, coś w rodzaju ambasady Królestwa Kabuto. Poprzez aprobatę radomskiego sądu otrzymał paręnaście miesięcy wcześniej akty notarialne do… zaświatów. To w jego rękach leżą papiery na posiadanie nieba, piekła, czyśćca, Hadesu, Olimpu, a także muzułmańskiego raju z 72 dziewicami. Jak sam mówi – Bóg mógł zjawić się na sprawę, lecz tego nie zrobił, więc w świetle przepisów nie ma do nieba żadnych praw. Jako lokatę na przyszłość Mieszko przejął także kilka słońc i planet w kosmosie. Po co to wszystko? By pokazać, na co pozwalają luki prawne naszego systemu i by rozreklamować fundację Uroboros, którą prowadzi. Poznajcie Mieszka. Człowieka, który potrafi zagrać na nosie systemowi. Królu, gdzie korona?Nie potrzebuję, mam do tego luźne podejście. Nie chodzi mi o to, by nakarmić swoje ego jak jakiś świr i by mówić ludziom: kłaniajcie mi się, jestem królem!Jak się powinienem zwracać do ciebie, jeśli mielibyśmy rozmawiać oficjalnie? Królu? Cesarzu? Lordzie?Gdy już ktoś musi mnie jakoś zatytułować na drodze oficjalnej, niech będzie to „władca”, bo „władca” kojarzy się raczej ze sprawowaniem władzy, jakąś realną praktyką. Król? Nie wiem, nie jest mi to potrzebne, chociaż taki tytuł może w sumie wynikać z ustroju, jaki mamy – monarchię – ale jest on wprowadzony wyłącznie z wygody. Wiele małych państw jest monarchiami – Księstwo Monako, Watykan, Emiraty. Ze względu na małą powierzchnię nie potrzebują rządu na pięćset osób i w ogóle, tak samo jak i w swoim państwie jakiekolwiek pole dla demokracji? Nie wiem, czy taki ustrój w ogóle istnieje, ale u nas to monarchia jest połączona z anarchią. Teoretycznie król decyduje o rozwoju państwa, natomiast nie decyduje o obywatelach. Oni sami decydują o sobie. Nie ma demokracji, nie wybierają, co ja z nimi będę robił, ponieważ oni sami ze sobą mogą robić co chcą i nic mi do tego, byleby nie szkodzili drugiemu się zakłada własne państwo? Mówimy o jakiejś kompletnej się wydaje w Polsce, bo na świecie powstaje po kilka mikronacji rocznie, nie odkryłem wcale Ameryki. Ogólnie interesuję się prasą zagraniczną, siedzę w prawie, biznesie, muszę się orientować. Wpadł mi jeden artykuł odnośnie państwa na platformie. Za chwilę drugi – jakiś Egipcjanin założył państwo. Za chwilę trzeci – Czech ze swoim krajem. Pomyślałem sobie wtedy: kurde, skoro to tak można, to ja też tak chcę. Postawiłem sobie pytanie: jak to zrobić? Było parę miesięcy zabawy i się udało. Warunek do utworzenia państwa jest jeden – trzeba spełnić założenia konwencji z Montevideo, czyli mieć własny kawałek ziemi, do którego nikt nie rości praw, mieć obywateli, sprawować władzę i to wszystko. Największym problemem jest ziemia niczyja. Gdy chciałbym założyć państwo na tym trawniku, który jest przed nami, miałbym problem – po pierwsze należy on do uczelni, po drugie do państwa polskiego. Nie jest to ziemia niczyja, po prostu. Musi być teren, do którego nikt nie rości praw. Udało się znaleźć taki przy Kanadzie, gdzie stworzyła się okazja poprzez błąd przy wyznaczaniu granic. W 2015 roku przy Egipcie dwa kraje się spierały ze sobą. Był jeden teren sporny z ropą, o który szła walka i drugi pustynny, taki gówniany. Oba kraje chciały ten z ropą, nikt nie chciał tego gównianego i solidarnie uniosły się honorem: my tego gównianego nie chcemy, weźcie sobie go wy. Sprytny obywatel wyhaczył tę sytuację i potwierdził oficjalną drogą to u obu państw. „Chcecie to? Nie, my nie chcemy. A wy? Nie, my też nie chcemy. No to ja biorę!”. Oni nadal się kłócą o ten teren z ropą, a on założył sobie państwo na tej pustyni. Nic tam wielkiego nie zrobi, nawet nie zasadzi kwiatka, bo od razu zwiędnie, może co najwyżej się poopalać. To ziemia – strzelam – może trochę mniejsza od Radomia. Ale dostać taki teren za darmo – kto by nie chciał?Siedziba Kabuto koło Kanady wygląda tak, że raczej byśmy sobie tam nie nie. 99,9% tego terenu to woda, poza tym – trzy śmieszne skałki. Na upartego można byłoby tam porozmawiać, ale spędzić noc i przeżyć – to już byłoby spore państwo nie gwarantuje obywatelom bezpieczeństwa. Gdybym wydawał tam pozwolenia na zasiedlenie – to tam w ogóle?Osobiście nie. Będę się wybierał w te wakacje to za władca, co nie zna swojego terytorium?!Prawda? Teoretycznie nie muszę. Wydaje mi się, że Beata Szydło też nie widziała całej Polski, zresztą w Kabuto nie ma nic do oglądania. Planuję zakupić działkę w Kanadzie, by mieć blisko do swojego państwa. Przy mikropaństwach nie chodzi o samo terytorium, a o to, by mieć je gdziekolwiek i jakiekolwiek, by służyło ono za podstawę prawną do utworzenia państwa. Tak naprawdę takie mikropaństwo – niezależnie od powierzchni – ma te same możliwości administracyjne, co Rosja, Niemcy czy każde inne państwo. Oczywiście, nie liczy się na arenie międzynarodowej, bo nikt nie będzie go słuchał. Nie ma zasobów naturalnych, nie ma w sumie nic, co mogłoby zaoferować, nie liczy się. Ale możliwości prawne znalazłeś tę ziemię niczyją? To nie jest wiedza, którą znajdziesz w pierwszym lepszym pokopać w książkach historycznych czy na angielskich forach. Nie jest to takie proste, bo mikrpaństw powstaje kilka rocznie, więc te tereny są cały czas zajmowane. Był okres, w którym Kanada miała problem z wyznaczeniem granic. Zebrał się sąd arbitrażowy, okazało się, że pominęli 74 kilometry kwadratowe. Wszystkie państwa sąsiadujące podpisały się: tak, przyjmujemy ten podział. Kanada się nie upomniała, wszyscy przyklepali – proszę bardzo, wezmę ja. Trzeba korzystać z takich jest takich miejsc na świecie?Nie wiem, ciężko się do tego dokopać. Gdybym wiedział o jeszcze jakimś – na pewno bym je zajął. Raczej nie jest ich aż tak dużo, ale sytuacja na świecie jest o tyle dynamiczna, że cały czas tworzą się nowe. Najłatwiej jest wyszukiwać po poszczególnych konfliktach, bo to po nich takie miejsca zostają. Nawet, jeśli nic nie ma – wystarczy poczekać chwileczkę i będzie. Jesteśmy w takim momencie historii, że granice będą się niedługo sobie, że przejmujesz jakiś teren między – powiedzmy – Azerbejdżanem a Armenią, którego niby nikt nie chce, a potem nagle obie strony przypominają sobie o tym terenie i biorą go i nie. Ziemia niczyja to taka ziemia, której wszyscy się wyrzekli, więc zakładam, że skoro mówią o tym oficjalnie, to faktycznie tak jest. Ziemia sporna to taka, do której roszczenia ma więcej niż jedna strona. To zupełnie co innego, tam jako Kabuto nie mamy żadnych szans. Mikronacje istnieją, mają się dobrze. Oczywiście nie mówię o mikronacjach o charakterze przestępczym, bo takie też są. Jedną z pierwszych mikronacji – to była jedna z moich inspiracji, trochę mroczna, ale jednak – było czteroosobowe państwo na platformie wiertniczej koło Anglii. Czteroosobowa rodzina przestępcza. Było o nich głośno, gdy podpłynął kiedyś do nich rybak i oni go z tej platformy zastrzelili. Oczywiście sprawa wylądowała w sądzie, ale sąd stwierdził, że nie można ukarać zabójcy, bo przestępstwo miało miejsce w innym państwie, które nie zakazuje tego typu praktyk. A to państwo było tak wielkie, że jak teraz patrzymy do przodu, objęlibyśmy wzrokiem cały kraj. Wtedy złapałem taką zajawkę: kurde, te mikronacje to potęga. Oni mogli tam robić wszystko – prochy, broń, co tylko istnieją? Sprawa z platformą wiertniczą skończyła się tak, że mieszkańcy zostali ewakuowani, a ona została wysadzona w powietrze przez Włochów. Coś tam im nie wyszło w interesach chyba. Podejrzewam, że nie dogadali się co do cen prochów. Mikronacje są bezbronne – nie posiadają armii, opierają się o bezpieczeństwo sąsiadów. Mikronacja na platformie była wyjątkowo ryzykowna, bo w sumie nikt nie mógł w razie czego cię obronić. Trudniej było tam dotrzeć, ale gdy już ktoś dotarł – byłeś zdany sam na czteroosobową armią wojny raczej się nie wygra. No właśnie. Dlatego dobrze jest, by prowadzić mikronację w przemyślany sposób politycznie i dyplomatycznie i nie robić jakichś lewych ruchów typu handel prochami, a raczej próbować się zaprzyjaźnić z innymi państwami. Najpierw z małymi, bo są one – wiadomo – otwarte, potem ze średnimi, a nuż uda ci się polubić z kimś dużym. Niektóre państwa mają liberalne podejście do tego typu działań. Jeśli powiedziałbym w Dominikanie czy Kanadzie, że chciałbym im zabrać kawałek ich terenu na własne państwo, oni mówią wprost: OK, ale podpisz z nami tylko umowę międzynarodową, że nie będziesz działał na naszą szkodę. Nie robią problemu. Jakbym na Ukrainie coś takiego zrobił, pewnie by mnie zamknęli. W Rosji – rozstrzelali. A w Polsce? W Polsce trzeba się przepychać z urzędami, policjami. Polska jest dla mnie jeszcze wschodnim dostałeś pisma, które akceptują twoje państwo i enklawę pod Radomiem, natomiast gdy dziennikarze pisali zapytania oficjalną drogą zawsze dostawali odpowiedź, że MSWiA na nic takiego się nie zgadzało. Jestem pod wrażeniem umiejętności dyplomatycznych MSWiA, gdyż oni w żadnym komunikacie nie napisali jednoznacznie, że są nie. Napisali prawdę, ale w ten sposób, by brzmiała ona, jakby się nie zgadzali. Napisali na przykład „nie wydawaliśmy żadnych postanowień”, co jednoznacznie sugeruje, że się ode mnie odcinają. Problem w tym, że nie musieli wydawać żadnych postanowień, wystarczy, że podbili moje. Chodzi o to, żeby odpowiednio wystosować komunikat. Na początku odpowiadali, że nic nie wiedzą. W mediach pojawiły się zdjęcia moich dokumentów i nagle sobie przypomnieli. Po śledztwie wewnętrznym czytałem komunikat, że szukają głąba, który przybił i zaakceptował to państwo. Jak na moje oko się rąbnęli. Ale nie można wymagać, by każdy pracownik MSWiA znał prawo międzynarodowe. Pismo zostało przyjęte, przez 30 dni nie było odpowiedzi negatywnej – znaczy, że Kabuto jest już nie do i nie. Pod katem prawnym – nie. Pod kątem takiej polskiej prozy życia – polski rząd może powiedzieć, że ma w dupie prawo międzynarodowe. I pewnie by tak było, gdyby działo się u nas coś, co działa na szkodę państwa polskiego. Teoria teorią, życie życiem. Mogę chodzić i machać sobie dokumentem, ktoś może stwierdzić, że ma to w dupie. Jesteśmy w Polsce. Zajmuję się prawem od kilku lat, tu zapadają wyroki niezgodne z prawem i konstytucją, bo sędzia sobie tak postanowił. Nie oczekujmy od Polski, że będzie respektowała prawo międzynarodowe. Jesteśmy zamknięci na tego typu inicjatywy, może dlatego, że byliśmy przez wszystkie lata planujesz rozbudować enklawę, którą utworzyłeś na działce pod Radomiem?Na razie nie ma tam nic. Szczere pole. Mamy o tyle trudniej, że jesteśmy enklawą z ograniczoną suwerennością, więc nie mamy swojej eksterytorialności jak typowa ambasada i jesteśmy w znacznej mierze uzależnieni od sąsiada. Zrobimy lewy ruch – mogą wysłać jeden oddział i nas podbić. Na pewno zagospodarujemy ten teren. Na 99% będzie tam szkoła, strzelnica – nas akurat kościoła mieć nie będziemy, szkoła będzie prowadzona online, a strzelnica rzeczywiście musi być. I tylko to. Nie chcę inwestować zbyt wiele w tereny związane z Polską, inwestuję w innych miejscach na świecie – Kanada, Dominikana. To może zabrzmi smutno, ale Polska jest szalenie ryzykownym terenem do inwestowania. Sytuacja pod kątem jednego czy drugiego rządu jest totalnie nieobliczalna. Minister może wstać rano, wymyślić sobie ustawę z dupy i wszyscy mamy przerąbane. Boję się inwestować w Polsce, bo boję się utraty kapitału, po ci potrzebna po to by wykształcić obronność czy dla celów sportowych?Bardziej dla celów sportowych. Nie będziemy militarną potęgą, jesteśmy państwem zdecentralizowanym. Każdy obywatel broni się sam, poza tym mamy ochronę ze strony sąsiadów. Zresztą już na spotkaniu z ministrami mówiłem, że mamy XXI wiek i nie potrzeba nam dziesięciu tysięcy żołnierzy. Wystarczy trzech zarąbistych hakerów i podbijemy pół świata. W ten sposób będziemy rozwijać obronę. Generalnie może być tak, że III wojna światowa odbędzie się w internecie. Są już robione jakieś próby – ostatnio zaatakowana została Wielka Brytania. Przez atak hakerski kraj został sparaliżowany na kilka godzin. Pewnie to był teścik przed czymś większym. Pozbawienie ludzi prądu cofa ich o paręset lat. A taki kraj, który jest paręset lat w plecy, łatwo podbić. Kiedyś hakerzy – nie pamiętam już gdzie – zaatakowali elektrownię i cała się sfajczyła. To potęga. Natomiast wracając do sportu – tak, chcemy go rozwijać. Bez problemu mamy kwalifikację na turniej Non-FIFA, więc to już jest coś. Nie wiem jak to będzie z próbą wystąpienia na olimpiadzie, pewnie bardzo ciężko, ale spróbujemy na w jakąś konkretną olimpiadę?Jeszcze nie mogę powiedzieć nic konkretnego, dopiero zbieramy ludzi. Mamy póki co tylko osoby, które ścigają się na wózkach – generalnie chcemy pokazać pozytywny przykład, zaktywizować osoby niepełnosprawne. Czasami jak oglądasz inaugurację olimpiady, widzisz coś takiego: biegnie na czele reprezentacja Rosji, 160 flag, potem ktoś inny w równie imponującej liczbie, a na końcu jakieś Kingobango, w którym biegnie jeden murzynek z flagą. To właśnie takie Kabuto. I jak po czymś takim ktoś mógłby powiedzieć: „e, Kabuto to tak naprawdę nie istnieje”. Jak to nie istnieje, olimpiady nie oglądałeś?!Zakładając państwo musiałeś podjąć kilka strategicznych decyzji. Skąd taka nazwa a nie inna?Nazwa musiała brzmieć trochę egzotycznie. Gdybyśmy chcieli wypływać na szersze wody międzynarodowe – nawet jako mikronacja – państwo musi się nazywać by nie czy coś w stylu „Nowi Słowianie”. To byłoby fajne w Polsce, miałoby dużo lajków na Facebooku, ale gdybym wystosował list dyplomatyczny do Księstwa Monako od Nowych Słowian, popatrzyliby na niego i stwierdzili „no fajnie, niech chłopaki się bawią dalej”. A ktoś patrzy „Mikronacja Kabuto”, które nie kojarzy się z niczym specjalnym – fajnie, ktoś chce z nami podpisać pakt. Sami chcą, gdyż to podnosi ich rangę. Mówiąc szczerze, Kabuto to było pierwsze, co wpadło mi do głowy. Słowo oznacza japoński hełm i to też jest nie bez znaczenia. Chiny i Japonia to kraje bardzo rozwinięte gospodarczo i łatwiej będzie robić z nimi interesy, jeśli ma się nazwę związaną z ich tej chwili emitujemy naszą kryptowalutę, są to Kabutocoiny i zamierzamy wejść na rynek azjatycki. Gdyby to się nazywało Mieszkocoiny albo Słowianocoiny, pewnie nikt by nie zauważył. A tak Chińczycy kupią to tylko dlatego, że ma to taką nazwę. Przemyślałem to pod kątem przyszłościowym i taka flaga a nie inna?Przekątna na fladze oznacza granicę, kółeczko w środku to nasza enklawa, a zielone tereny to inne państwa. Pokazujemy, że nie jesteśmy państwem centralnym, ale że jesteśmy na granicach innych państw. Trochę jak ospa rozsiana po całym razie się tworzy. Jest kilka osób, które się zgłosiło ze swoimi propozycjami. Niektóre były zabawne, niektóre trąciły Koreą Północną, jeśli chodzi o uwielbienie władcy. Szukamy czegoś pośrodku, żeby było na poważnie. Oficjalnie mogę powiedzieć, że hymnu jeszcze nie pozostawiam dla wyobraźni ludzi, ale nie powiem ci, co ono oznacza, bo to też chwyt marketingowy. Jeśli ludzie będą wiedzieć – przejdą obojętnie. Jeśli nie – będą tworzyć sobie jakąś historię i zainteresują się to dla mnie w praktyce by oznaczało, gdybym został członkiem Kabuto? Nic. Nic ci to nie da, ale nic cię to też nie kosztuje. Co ci daje obywatelstwo polskie poza długiem publicznym 30 tysięcy na głowę i tym, że cię nie lubią na arenie międzynarodowej?Na przykład edukację. Tak, ale tak naprawdę ty sam za tę naukę płacisz w podatkach. Gdybyś nie był obywatelem Polski i przyjechał sobie z Białorusi, też miałbyś to prawo. No więc co ci daje?Patrząc w tych kategoriach – samo jak Kabuto i każde inne obywatelstwo. To bardziej oznaka przynależności do czegoś a nie realna korzyść. Jest jakiś kraj, chyba Libia albo coś z okolic, która wypłaca swoim obywatelom pieniądze za to, że po prostu są. W Kabuto czegoś takiego jednak nie ma. Socjalizmu nie wprowadzamy i wprowadzać nie będziemy. Wiadomo, że jeśli państwo się będzie rozwijało, to benefitów będzie więcej. Wstęp do enklaw na dłuższy czas będą mieli tylko że nic nie kosztuje, a widziałem artykuł, w którym zarzucano ci, że pobierasz od obywateli po dwa Obywatelstwo jest za darmo. Składasz wniosek i jeśli nie ma wątpliwości co do jego wiarygodności – już chyba ze sto Janów Pawłów II i Adolfów Hitlerów domaga się obywatelstwa – zostajesz obywatelem w ciągu siedmiu dni. Ja już czytałem takie teorie spiskowe, że to się w głowie nie mieści. Gdyby ktoś chciał założyć firmę w Kabuto, proponowaliśmy wpłacić przy okazji pieniądze na fundację w kwocie 2000 złotych. Ale to nie był przymus – kto chciał, to wpłacił, kto nie chciał, to nie wpłacił. Wpłaciły dwie osoby. Powoli od tego odchodzimy, bo popularność tego nie jest zbyt firmy w Kabuto nie ma sensu – i tak podlegasz pod polski system czy jakiś inny – zawsze podlega się pod system podatkowy kraju, w którym realnie się jakąś działalność prowadzi, o tym stanowią ustawy o rezydencji podatkowej. Jeżeli bym założył firmę w Rosji, ale prowadził działalność w Polsce, i tak zapłacę podatki w są motywy ludzi składających wnioski o obywatelstwo?Niektórzy mają dość tego, co się dzieje w Polsce i ich jest większość. Część lubi idee wolnościowe, anarchistyczne. A część podchodzi z przymrużeniem oka na zasadzie „fajna inicjatywa, dołączę się”. Kontaktujemy się wyłącznie internetowo, nie mam możliwości kontaktu z każdym obywatelem osobno, bo to kilka tysięcy ludzi, musiałbym nie robić nic innego. Myślałem w ogóle, że założenie takiego państwa to mało roboty. Życie pokazuje, że to po kilka godzin pracy dziennie. Kwestie administracyjne, kwestie dyplomatyczne – ktoś to musi robić. Są ministerstwa, ministrowie to ogarniają, ale potem trzeba wszystko przyklepać i sprawdzić, czy ktoś gdzieś nie popełnił błędu. To się wydaje, że szybko się robi, ale trochę trzeba spędzić czasu na przygotowanie odpowiednich pism, kontakt z ambasadami, korespondencje, czasami spotkanie w Warszawie. Jest z tym trochę już jakieś relacje międzynarodowe?Tak. Z Dominikaną – było to najprostsze, bo mamy z nią kilka wspólnych interesów. Także z Estonią, która bardzo przychylnie patrzy na współpracę. Ukraina podeszła do nas z rezerwą, bo się boi, czy nie jesteśmy czasem kolejnymi zielonymi ludzikami z Rosji, które chcą do niej wejść. Najtrudniej idzie oczywiście z Polską, ale nie ma co się oszukiwać – Polak ma zawsze najtrudniej w co taka Estonia nawiązuje z wami relację?Trudno mówić o jakiejś współpracy handlowej, bo nie mamy czym handlować. To tylko współpraca na zasadzie dyplomacji i wspierania się na arenie międzynarodowej. Ma to po prostu ładnie wyglądać. Estonia chce coś zdziałać, ma jakiś pomysł i chwali się, że ileś ta krajów ją popiera. Gdyby nie my – popierałyby ją trzy kraje. Dzięki nam – cztery. Na tej zasadzie to z innymi mikronacjami?Zasadniczo nie, bo większość mikronacji jest niestety martwych. Zostały założone i zapomniane przez właścicieli, więc nie bardzo jest pole do popisu. Poza tym – zabrzmi to bardzo nieskromnie, ale muszę to powiedzieć – wydaje mi się, że jesteśmy najaktywniejszą mikronacją na świecie, jeśli chodzi o nawiązywanie stosunków biznesowych i dyplomatycznych. Nie mamy na tej arenie partnerów. Jesteśmy mikronacją, ale staramy się działać jak większe państwo i do większych państw świadomości Polaków jako pierwszy przebił się chyba Liberland założony w to w ogóle kontrowersyjny temat. Powstał na terenie spornym, a nie niczyim, więc teoretycznie nie ma spełnionych postanowień prawnych, więc nie można mówić, że Liberland ma status państwa. Z tego, co czytałem w mediach, prezydent Liberlandu został aresztowany za nielegalne przekroczenie granicy chorwackiej. Nic nie słyszę o rozwoju tego państwa – nazywam je państwem z dyplomatycznego szacunku – i nie nie mamy większych kontaktów, bo nic się tam nie dzieje. Jeśli pojawi się mikronacja równie aktywna – możemy we dwójkę działać. A jeśli miałoby to być tak, że nasza mikronacja ciągnie za sobą kilka leniwych nacji – dziękujemy. Kuli u nogi nam nie mikronacja była dla wzorem jeśli chodzi o sam rozmach czy patent?W Kanadzie jest fajnie funkcjonująca mikronacja, którą podpatruję, ale jedną z inspiracji była mikronacja koło Egiptu. Ojciec założył państwo tylko po to, by mianować swoją córkę księżniczką. Bardzo pozytywny, może nie jakoś superambitny, ale fajny cel. A ja lubię pozytywnych ludzi, więc dało mi to kopa. Kurde, gość zrobił mikronację żeby zrobić z córki księżniczkę, a ja nie mogę jej założyć by pomóc fundacji?!Bogactwo fauny i flory radomskiej enklawyCo brzmi bardziej absurdalnie – państwo pod Radomiem czy zawłaszczenie zaświatów? Jedno i drugie jest nietypowe, a jedno i drugie jest dopuszczane przez prawo. Do przejęcia zaświatów zainspirował mnie Polak mieszkający w Norwegii, Mariusz Białek, który w 2015 roku zawłaszczył sobie kosmos i zrobił to dokładnie taką samą drogą prawną, jaką ja zawłaszczyłem piekło, niebo, czyściec i wszystkie inne zaświaty. Ten Polak ma swój sklep i sprzedaje ludziom konkretne planety. Posiada wszystko poza naszym układem zawłaszczył Dennis Hope i dorobił się na tym fortuny na sprzedawaniu działek na ostatnio patrzyłem, zarobił na tym 28 milionów dolarów. Także można rozkręcić fajny się wydaje totalną abstrakcją, ale jak już będzie rozwinięty transport międzyplanetarny, taka ziemia na księżycu może być fajną lokatą dla mam kilkanaście planet, więc powiedzmy, że kilka pokoleń po mnie jest ustawionych (śmiech).Zawłaszczenie piekła, nieba i czyśćca przyklepał ci sąd w się powołać na prawo rzymskie, respektowane na terenach Unii Europejskiej, które mówi, że rzecz niczyją można sobie zawłaszczyć. Do zaświatów nikt sobie wcześniej praw nie rościł, więc pozostaje ci zgłoszenie odpowiednich wniosków do sądu, proklamacja, zgłoszenie do notariusza – i już. Nikt nie zgłosił się z aktem prawnym, że wcześniej to zajął. Bóg też nie stawił się w sądzie. Mam prawnie wiążący akt notarialny, który potwierdza, że zaświaty formalnie należą do mnie. A że to wszystko odbyło się w sądzie w Radomiu? Tak działa prawo. Chłopak, który zajął kosmos, też poszedł do sądu rejonowego. Tak jakby powiedzieć: jakie to niesamowite, że jeden sąd może skazać kogoś na dożywocie?! No może, nie potrzeba do tego międzynarodowej – jakkolwiek to brzmi – mogą sobie wykupić u ciebie miejsce w niebie czy czyśćcu. Nic nowego. Kościół robi to od dwóch tysięcy lat. I to bez papierów, a ja mam na wszystko kwity. W sumie taka konkurencja nawet ściągać od kościoła kasę za bezprawne użytkowanie twoich pozew do Watykanu, natomiast niestety dostałem bardzo dobrze prawnie sformułowaną odpowiedź. Napisali mi, że potwierdzają i szanują, że zaświaty należą do mnie, ale oni tylko obiecują do nich prawa, a fizycznie ich nie rozdają. Tak jakbym ja ci powiedział – masz u mnie 20 butelek coli z tego sklepu obok. I dopóki ja tylko ci to powiedziałem, a tych butelek jeszcze nie ukradłem, nikt nie może mnie za nic pozwać. Tak samo odpowiedział mi Watykan – skoro nie ponoszę żadnej straty, nie ma podstaw do zadośćuczynienia. Kościół to jedna z najpotężniejszych światowych organizacji mafijnych, żeby walczyć z nią trzeba troszeczkę większego dokładnie posiadasz? Niebo, piekło, czyściec, co jeszcze?Wszystkie zaświaty wszystkich wierzeń, jakie tylko są na świecie. Do mnie należy Hades, Olimp, Valhalla. Wyszczególniłem to w akcie, by zaraz nikt nie zrobił mi konkurencji. Mam więc monopol na rynku ile chodzi u ciebie ziemia w zaświatach?Wszystkie działki to cegiełka za sto złotych. Nie wiem, jaką powierzchnię ma niebo, dlatego nie sprzedaję działek na hektary. To bardziej zapewnienie: możesz sobie grzeszyć, ile chcesz, masz zagwarantowane miejsce w niebie. Ludzie traktują to raczej jako prezent – chłopak daje dziewczynie miejsce w niebie, inny gość nie lubił wujka, to kupił mu miejsce w wybierają niebo czy piekło?Na początku bardziej piekło, teraz bardziej ku niebu się niebo z 72 dziewicami też posiadasz?Tak, oczywiście. To osobny produkt za 300 się. E, czy ja wiem? To jak promocja. W którym burdelu dostaniesz takie stawki?!Fanatycy religijni też to kupują?Nie mam pojęcia, nie z każdym kupującym rozmawiam. Niektórym księżom się moja działalność nie podoba, a niektórzy reagowali tak pozytywnie, że aż sam byłem zaskoczony. „Bardzo fajna inicjatywa, bo gdy ktoś dostanie taki certyfikat, umocni to jego wiarę”. Szczerze mówiąc, nie interesuje mnie kwestia wiary, a to, że można wesprzeć tym samym fundację, bo cały zysk z cegiełek trafia na jej konto. Czy ktoś dorabia ideologię i wzmacnia tym wiarę – mam to gdzieś. Sam w ogóle jestem wierzysz w swój produkt! W pewnym sensie nie, nie wierzę w piekło, niebo i tak dalej, ale nie przeszkadza mi bycie posiadaczem konkretnie posiadasz w kosmosie?W kosmosie mam udzielone od jego właściciela dosłownie tylko kilka planet i kilka to to odległych o 40 lat świetlnych. Podejrzewam, że miną całe wieki, gdy to będzie użytkowane. Pytanie też, czy po zmianach jakie będą na świecie ktoś w ogóle jeszcze będzie respektował to prawo własności, które jest teraz. Nie przywiązuję do tego wagi. Nazwijmy to mało pewną lokatą na ile w twojej działalności jest chęci zagrania na nosie systemowi? Pokazujesz, że normalny człowiek może prostymi środkami posiadać niewyobrażalne rzeczy. Dużo. Pokazuję, jak nieudolny jest ten system. Bardziej właśnie system, a nie państwo, bo państwo kojarzy się z tą czy inną władzą a – umówmy się – każda jest do dupy. System jest zły, strasznie dziurawy. Można go wykorzystywać do tego, by krzywdzić innych ludzi – zresztą do tego jest wykorzystywany na bieżąco. Pokazuję, że można bardzo łatwo ominąć system i to wcale nie jest tak, że musisz żyć dokładnie tak, jak system ci nakazuje. Najbardziej nie podoba mi się kontrola państwa nad obywatelami. W założeniu państwo – jeżeli już – miało pełnić funkcję pomocniczą, a pełni nadzorczo-niewolniczą. Kowalski otwiera sobie działalność, płaci ZUS. Powiedzmy, że firma idzie mu dobrze, bo wchodzi na drugi próg podatkowy. Ma 32% dochodowego, 23% VAT-u, to już zapłacił 55% tego, co zarobił. Ale jak nie zarobi to państwo mu nie zwraca! Ja tak samo wkurzam się, gdy gram na giełdzie – jeśli ja w coś inwestuję i zarobię, mam płacić byczy podatek. Ale jeśli nie zarobię, to czemu państwo mi tego nie rekompensuje? To złodziejstwo. System powinien pomagać, a tylko przeszkadza, bo nic nie daje. Płacę składki na opiekę zdrowotną, a do lekarza i tak muszę chodzić prywatnie. Ostatnio poszedłem z żoną i powiedzieli mi, że wizyta za jest takich małych sytuacji, w których państwo kontroluje w absurdalny sposób. Choćby zapinanie pasów – jeżeli zrobisz krzywdę, to tylko sobie, a mimo wszystko musisz to robić pod groźbą o to chodzi. Zakazy. Państwo nie chce pomagać, chce kontrolować. Z tym będę walczył zawsze. Na Facebooku pokazuję głupotę prawną, która istnieje w tym świecie. Ostatnio czytałem, że kamizelka kuloodporna jest w Polsce uznana za broń i na jej posiadanie trzeba mieć specjalne pozwolenie. Możesz mieć ją kolekcjonersko, ale nie możesz jej używać. Czyli jeśli ktoś do mnie strzela, to ja mam obowiązek ją zdjąć, inaczej pójdę siedzieć na pięć lat. To się dzieje w Polsce! Niby w normalnym kraju! Ale najbardziej wkurzają mnie te podatki. Potrafię już zgodnie z prawem je wymanewrować, ale mimo wszystko sam fakt, że są takie wysokie, mnie irytuje. Bo to absurd – nie mogę normalnie zapłacić podatku i muszę kombinować z rajami podatkowymi. Gdyby w Polsce był normalny podatek – ja bym to zapłacił, super, niech będą drogi, szpitale i wszystko. Ale nie ponad 50%! Że tak powiem – niech się walą na działalność ma także dużo szlachetniejszą istotę – wszystko robisz po to, by zareklamować fundację Uroboros, którą prowadzisz. Ludzie myślą, że skoro przejął zaświaty, to pewnie ma jakąś sektę, a skoro stworzył własne państwo, to jest do tego jakimś szaleńcem z wielkim ego. A ja po prostu lubię pokazywać absurdy prawne, ciekawostki i pomagam innym. Oczywiście, że w mojej działalności jest premedytacja marketingowa. Nie warto robić tego, co już jest, lepiej, czego jeszcze nie ma. Samo państwo i tak by powstało, natomiast enklawa na terenie Polski powstała wyłącznie do celów marketingowych. W fundacji zajmujemy się głównie pomocą prawną w różnego typu absurdalnych sytuacjach prawnych. Ktoś dostał wyrok sądu niezgodny z prawem – i co on ma biedny zrobić? Staramy się wtedy pomóc i interweniować. Zajmujemy się też odszkodowaniami – to rynek, na którym wiele firm działa komercyjnie, a my to samo robimy dorobiliście się na sprzedaży zaświatów?Na Kabuto fundacja zarobiła łącznie cztery tysiące złotych. Z zaświatów mamy z kolei przychód 15 tysięcy złotych w skali roku. Ogólnie obracamy małymi dorobiłeś się pewnie wśród znajomych ksywki „Król”. Wiesz co? Mam tak charakterystyczne i kojarzące się z władzą imię, że już ksywka mi niepotrzebna (śmiech).Rozmawiał JAKUB BIAŁEK 11 sierpnia 2017 Szybki relaks biurowy - zabawa w piekło niebo Któż z nas nie grał w dzieciństwie w "piekło niebo"? W erze przedkomputerowej była to jedna z najpopularniejszych dziecięcych zabaw. Chętnie bawiono się w nią zarówno na podwórkach, jak i szkolnych korytarzach. Niewątpliwą zaletą tej gry jest jej prostota. Wystarczy zwykła kartka papieru, kolorowe pisaki oraz chwila cierpliwości, by w kilka minut stworzyć fantastyczną zabawkę. Następnie, za pomocą kilku ruchów układanką, gracze losują "piekło" lub "niebo". To proste! Co więcej, dzięki drobnym modyfikacjom, za pomocą takiego drobiazgu świetnie mogą bawić się również dorośli. Czyni to "piekło niebo" doskonałą rozrywką biurową i interesującym przerywnikiem w pracy. Piekło niebo - zabawa nie tylko dla dzieci Pomimo tego, że z pozoru origami wygląda na bardzo skomplikowane, to stworzenie zabawki jest dziecinnie proste. Umiejętność składania drobiazgów z papieru jest bardzo przydatna. Zdobytą wiedzę możemy przekazać dzieciom, by odciągnąć je od ekranów komputera czy smartfona. Zabawa w piekło niebo to również doskonały sposób na zabawę biurze! Wystarczy złożyć kartkę w odpowiedni sposób, zaprosić do zabawy współpracowników i gotowe — mamy błyskawiczny przepis na doskonały relaks w biurowych warunkach. Piekło Niebo to prosta zabawa, która wymaga jednak koncentracji i odrobiny współzawodnictwa. Dzięki temu rozgrywka nie tylko wywoła uśmiechy na twarzach zawodników, ale również pozwoli się im odprężyć, zresetować umysły i rozjaśnić myślenie. Poniżej pokazujemy w szczegółowy sposób jak rozpocząć zabawę w piekło niebo. Zajmie to dosłownie kilka chwil! Piekło niebo - co potrzebne? Do przygotowania papierowej zabawki będziemy potrzebować: Kartki ze sztywnego papieru w formacie A4 (może być z bloku technicznego) Nożyczek lub nożyka Kolorowych pisaków albo kredek Długopisu lub ołówka Linijki Jak zrobić piekło niebo? Dolny lewy róg czystej kartki należy zagiąć do prawej krawędzi (krawędzie muszą się pokrywać). Dolny prawy róg zagiąć w lewo do góry (tak by powstał trójkąt z warstw papieru). Odciąć górną część kartki. Kartkę rozłożyć i położyć płasko. Dolny, prawy róg zagiąć do środka. Zagiąć do środka pozostałe rogi. Przekręcić papier na drugą stronę. Prawy róg zagiąć do środka. Zagiąć do środka pozostałe rogi. Dolną połowę kartki zagiąć do góry (w ten sposób składamy papier na pół). Odgiąć cztery powstałe zakładki i włożyć weń palce (palce wskazujące i kciuki). Pokolorować środek na kolor niebieski ("niebo") i czerwony ("piekło") oraz wpisać polecenia pod klapkami. Gotowe! Origami piekło niebo z papieru - zasady Pod każdą z klapek origami wypisujemy krótkie, dowcipne zadania, na przykład: "osoba z biurka naprzeciwko przynosi kawę", albo "pracownik sąsiedniego działu zamawia obiad dla całego piętra". Uczestnicy po kolei biorą w dłonie piekło-niebo, odliczają ustaloną liczbę lub recytują dziecięce wyliczanki, a następnie wywijają układanką. Po skończeniu wyliczania gracz musi wykonać polecenie, znajdujące się pod wylosowaną klapką. Bawcie się dobrze! Zobacz również Bliny to nie jest taka jednoznaczna całkiem sprawa. Co kraj to obyczaj, ba, nawet co chałupa – bliny inne podają. Sprzeczki które lepsze i prawdziwsze nie mają końca, spierać można się do bladego świtu. Wschodnia kuchnia mąką i kartoflem stoi. Jedne bliny z samych ziemniaków, inne na mące pszennej z gryczaną albo z samej pszennej czy lekko podsypanej żytnią. Moja mama urodzona na Kresach, bliny z ziemniaków z tzw. pomaczką (gdzie indziej zwanej maczanką) podawała na niedzielne śniadania. Maczanka posiadała jajka sadzone, plasterki boczku i podsmażonej kiełbasy, a wszystko zalane śmietaną. O rajuśku. Z całą pewnością danie miało miliard kalorii! Jednakowoż żyję zdrowo i mam się dobrze. Moja białoruska ciocia Apolonia (jak i moja mama – z domu Niedroszlańska, z tego samego majątku, a jakże – Niedroszla) lat 78, w zeszłą sobotę, o godzinie siódmej rano podała nam bliny z pszennej mąki. Tzw. szybkie, na sodzie lub proszku do pieczenia. Takie jedzą tam od zawsze. Myślałam, że z Olcią rady nie damy ale… dałyśmy. Dodatkiem były żółciutkie sadzone jaja i kwaśna śmietana, a na słodko – miód z własnej pasieki. No i który przepis podać mam? Trzy. Na bliny, które rosną na drożdżach, pszenno-gryczane. I te szybkie, ciocine, pszenne, na proszku do pieczenia. I ziemniaczane mojej mamy. Trzeba zrobić wszystkie, by znaleźć swoją ulubioną wersję. Bliny można podawać z kwaśną śmietaną, łososiem wędzonym i cytryną, sosem pieczarkowym, gulaszem, sadzonymi jajkami, kawiorem, miodem, konfiturą i z czym tam kto chce. Bliny na przyjacielskie spotkania, rodzinne obiady i kolacje idealne. Nie należy się spodziewać wodotrysków i szału w samych blinach. W końcu to mąką czy ziemniaki i jajka, smaki znane z placków i naleśników. Pełnią rolę podobną do kopytek i śląskich klusek. Solo – nie zagrają jak trzeba. Ich smak zależy również od otoczenia i towarzystwa z którym się bliny spożywa. Sami tworzymy odpowiednie klimaty i nastawienia. Nam smakowały wyśmienicie. Bliny smaży się na minimalnej ilości tłuszczu, dawniej lekko smarowano skórką ze słoniny patelnię. Moim zdaniem ziemniaczane wygrywają 🙂 łatwe bliny cioci Apolonii ( na ok. 8-10 szt) – 2 szklanki kwaśnego mleka ( można zastąpić maślanką) – 1 jajko – pół łyżeczki sody – mąka (ok. 3/4 szklanki lub więcej, tak by ciasto wymieszane miało konsystencję gęstej śmietany) – duża szczypta soli olej, smalec lub klarowane masło do smażenia Mąkę wymieszać z sodą, dolać mleko lub maślankę, wymieszać. Gdyby ciasto było zbyt rzadkie, mocno lejące, dodać nieco mąki. Smażyć na złoto, na rozgrzanej patelni, małej ilości tłuszczu , na średnim ogniu, po obu stronach. bliny pszenno-gryczane – 200g mąki pszennej – 100g mąki gryczanej ( można też dać samą pszenną, niektórym nie odpowiada charakterystyczny smak) – 20 g drożdży – 500 ml mleka – 1 jajko – 40 g masła – duża szczypta soli (ok. 1/5 łyżeczki) – do smażenia – klarowane masło do smażenia lub olej roślinny Szklankę mleka odlać do nieco większego naczynia i lekko podgrzać by było letnie, niegorące. Wkruszyć do niego drożdże, dodać dwie łyżki mąki, wymieszać dobrze, by nie było grudek. Odstawić w ciepłe miejsce do podrośnięcia na ok. 15 – 30 minut. Masło stopić i ostudzić. Pozostałą mąkę przesiać do miski, dodać same żółtka, sól, stopione masło oraz wyrośnięty zaczyn z drożdżami. Wymieszać wszystko razem. Z białek ubić pianę i wmieszać do masy. Całość pozostawić do lekkiego podrośnięcia na ok. 30 – 45 minut. Na patelni rozgrzać trochę tłuszczu i nakładać okrągłe, płaskie placuszki z ciasta, wielkości ok. 15 cm. Smażyć na złoto po obu stronach. Wykładać na talerz, jeden placek na drugi. Struktura tych blinów jest podobna do placków- racuchów znanych w Polsce z wersji na słodko, najczęściej z jabłkami. bliny ziemniaczane: – 6 dużych ziemniaków – 2 łyżki stołowe utartej cebuli (jeśli ktoś lubi, niekoniecznie) – 2 jajka – ew. czubata łyżeczka maki ziemniaczanej – duża szczypta soli – smalec lub olej do smażenia Ziemniaki obrać, zetrzeć na drobnych oczkach tarki, najlepiej do miski wyłożonej gazą. Jajka ubić na pienistą masę. Starte ziemniaki odcisnąć w gazie (ale nie na wiór), by płyn został w misce. Po kilku minutach w płynie skrobia osiądzie na dnie miseczki. Ostrożnie odlać płyn, tak, by skrobia pozostała w naczyniu. Jeśli jest jej bardzo mało, można dodać łyżeczkę mąki ziemniaczanej. Dodać starte ziemniaki i ubite jajka. Posolić i dobrze wymieszać. Bliny nakładać możliwie najcieńszą warstwą i smażyć na małym ogniu, po kilka minut z każdej strony. Bliny nie są chrupiące jak placki ziemniaczane, taka ich uroda. Mówię Wam – niebo na talerzu:)

jak się robi piekło niebo